środa, 26 sierpnia 2015

Nie będę doktorę

Cztery lata temu, dumna i blada zakończyłam studia, otrzymując tytuł magistra. Ukończyłam jeden z najpopularniejszych kierunków Zasilania Zasobów Bezrobotnych, no ale aż w takiej dupie nie byłam! Od 3 miesięcy pracowałam! Co więcej na Umowę o Pracę! I to w pełnym wymiarze godzin! Myśląc, że wycwaniłam koleżanki i kolegów, licząc, że szef się zlituje i w końcu przeniesie na Obiecane Stanowisko, dzierżąc świstek, świadczący o posiadanych kwalifikacjach, wierząc w siły własne, uderzyłam do Średniego Szczebla Zarządzającego w mojej Korposuczy. Pan Kierownik pokiwał główką, pogratulował pięknej obrony, ale niewiele mógł zrobić, by Obiecane Stanowisko mi powierzyć. Znajoma Znajomych Znajomych miała na to Stanowisko większe kwalifikacje nawet bez studiów, więc obeszłam się smakiem. Zaczęłam szukać innych opcji, wertowałam oferty pracy, byle tylko wykonywać pracę, w której wiedza nabyta podczas studiów się przyda. I natrafiłam na ogłoszenie, że Pewna Państwowa Uczelnia Wyższa szuka Asytenta! I to po moim kierunku! Niewiele myśląc napisałam maila, że ja szukam właśnie takiej pracy. Otrzymałam odpowiedź kilka dni później, że wszystko pięknie ładnie, ale od asystenta wymagany jest doktorat, a im akurat  doktorantka zwiała, jest miejsce, więc jeśli chcę to mogę przyjść na rozmowę w jego sprawie. Przeczuwając, że może to być najgorsza decyzja w moim życiu na rozmowę pojechałam, miało być nas 5 kandydatów, ale w rezultacie dojechałam jako jedyna. Rozmowa trwała godzinę. Znalazłam wspólny język z Panią Profesor, naobiecywała mi wiele, postawiła pewne warunki. Ogólnie, to jeśli zdecyduje się na moją osobę, to miało mi być dobrze, była perspektywa pracy po doktoracie, przy Niej miałam mieć jak u Pana Boga za piecem. W rezultacie z braku laku okazałam się dobrym kitem i stwierdziłyśmy, że możemy podjąć współpracę, dowiedziałam się jakie mam na cito skompletować dokumenty, co też uczyniłam. Kilka dni później zdobyłam podpisy Wszystkich Świętych, złożyłam w Studium Doktoranckim co trzeba było i zaczęłam przygotowywać się do egzaminu wstępnego. 
W tym celu Pani Profesor poleciła udać się w pielgrzymkę po członkach komisji, robić Oczy Kota ze Shreka, mówić, ze nie jestem po tej Uczelni i wymadać o co mogą mnie zapytać. Przykazała zabezpieczyć się z Pewną Książkę, która to jest swoistym kompendium tego, czego ów wydział uczy. W pracy poszłam na L4 i wertowałam co trzeba było. Egzaminy zdałam, komisja była WYROZUMIAŁA i jak wszyscy inni chętni zostałam przyjęta. Rozpoczęłam edukację na szczeblu ponad wyższym, złożyłam w Korposuczy wypowiedzenie, wychodząć z założenia, że złapałam Pana Boga za nogi. Pełna nadziei, wiary w siły własne, podniecona faktem bycia po drugiej stronie mocy zaczęłam DOKTORAT... Po co? Żeby znaleźć się tu gdzie jestem - w czarnej tak głebokiej, że światła już nie widać. Ale o tym w następnych odcinkach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz